Pierwszy samodzielny wyjazd na kolonie bywa stresujący. Nie tylko dla dziecka, ale czasem dla rodziców też, gdy otrzymują telefony od chlipiącego malca, który błaga „przyjedźcie po mnie”. Jak reagować w takiej sytuacji?

Przede wszystkim, gdy nie jesteśmy pewni dojrzałości naszego dziecka do samodzielnego wyjazdu, nie wysyłajmy go na pierwsze kolonie na drugi koniec Polski. Po drugie wybierzmy opcję własnego dojazdu czyli osobistego dostarczenia dziecka na miejsce odbywania się obozu – wtedy mamy możliwość krytycznie ocenić zakwaterowanie, poznać wychowawcę, pokazać dziecku otoczenie, pomóc się rozpakować. Nie przedłużajmy pożegnania, ale nawet jeśli dziecko zrobi się markotne, wyjedźmy z uśmiechem na ustach, przekazując mu w ten sposób, że jesteśmy pewni, że wszystko jest ok. Sami w ten sposób nabierzemy obiektywnej wiedzy, że nasza pociecha przebywa w „ludzkich” warunkach i nie damy się zaniepokoić alarmem przez telefon „mamo, tu jest okropnie, po stołówce chodzą szczury, a śpimy w brudnych pokojach”.

Dobrze też wiedzieć, że najtrudniejsze na koloniach są pierwsze 2 dni. Przez ten czas obóz dopiero się „rozkręca”, dzieci są niezintegrowane i przyzwyczajają się do nowej sytuacji. Także wychowawcy dopiero poznają swoich podopiecznych. Tak więc raczej nie powinno się ingerować w pobyt dziecka w ciągu pierwszych 2 dni, a nawet warto umówić się z dzieckiem, że owszem będziecie dzwonić, ale dwa pełne dni „musi” wytrzymać. Jeśli dzwonicie to nie róbcie tego późnym popołudniem ani wieczorem, gdyż wtedy jest największy spadek formy psychicznej i dochodzi do głosu tęsknota. Najlepsza pora na rozmowy to czas przed śniadaniem lub tuż po nim. I najważniejsze – nie każcie dziecku wypierać się tego, że tęskni. Tęsknota to jedno z normalnych uczuć, gdy dziecko tęskni to nie dzieje mu się krzywda, nie oznacza też, że macie w domu mazgaja i niezdarę życiowego. Ukazujcie dziecku, że jest to normalne zjawisko, z którym pomożecie mu się zmierzyć wspólnie z wychowawcą.

Zdarza się jednak, że rodzice otrzymują od dziecka serię niepokojących telefonów, w których malec błaga, aby go zabrać do domu. W takiej sytuacji trzeba działać rozważnie. Przede wszystkim trzeba spróbować dowiedzieć się czy to tylko stres czy już trauma. Stres będzie się przejawiał w płaczliwym nastroju dziecka zwłaszcza w czasie rozmowy z rodzicami, częstym dzwonieniem i narzekaniem. Trauma będzie wtedy, gdy dziecko płacze prawie cały dzień, nie może spać, nie chce jeść, nie nawiązało żadnych znajomości na koloniach i nie chce uczestniczyć w zajęciach grupowych. O to wszystko możemy „podstępnie” wypytać malca – jeśli łatwo odwrócić jego uwagę od skarg i narzekań, jeśli zapytanewprost  „a jak ma na imię twój najlepszy kolega” opowie co fajnego wczoraj z nim robił – być może nie jest tak źle, jak dziecko przedstawia. Konieczna jest jednak rozmowa z wychowawcą. Jeśli wychowawca sam z siebie potrafi powiedzieć o dziecku więcej niż zdawkowe „wszystko w porządku”, jeśli wyczujemy, że troskliwie obserwuje dzieci – sytuacja nie jest najgorsza. Jeśli jednak wychowawca „nie zauważa” stresu dziecka albo potwierdza, że nasza pociecha przeżywa traumę – należy pojechać na miejsce odbywania się obozu i osobiście sprawdzić sytuację. Gdy zauważymy, że malec nie przyjął się na obozie, że faktycznie nie uzyskał jeszcze samodzielności, zabierzmy dziecko do domu bez zbędnych komentarzy, aby nie zbudować w nim postawy lękowej i poczucia „nie sprawdziłem się” na wyjazd w kolejnym roku.

Autorem artykułu jest Portal Turystyki Dziecięcej www.kogis.pl – organizator kolonii, zimowisk dla dzieci i młodzieży, internetowa baza miejsc dobrego rodzinnego wypoczynku.