Trudno o prostszy gest niż przytulenie. Jednak nie wszystkich na niego stać. Tymczasem okazuje się, że tulenie jest nie tylko przyjemne, ale też ma gigantyczny wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie.

Potrzeba przytulania jest potrzebą pierwotną. Odziedziczyliśmy ją po przodkach, a jej głównym celem było przedłużenie gatunku. Bez fizycznego kontaktu ani ludzie, ani inne ssaki nie mogłyby opiekować się potomstwem. Karmienie, ochrona czy ogrzanie malucha wymagają bliskości. Z tego „koniecznego” przytulania rozwinęła się czułość – bliska relacja, która pozwala zaspokoić nie tylko potrzeby fizyczne, ale także psychiczne i duchowe. Często przytulane dziecko rzadziej choruje, jest spokojniejsze, mniej płacze, a gdy dorasta – łatwiej nawiązuje relacje społeczne.

Maluchy, którym w pierwszych latach życia brakowało czułości, często zmagają się z dolegliwościami tak silnymi, że mogą one doprowadzić do zahamowania rozwoju psychicznego, wyraźnie zmniejszyć odporność organizmu, a wskutek tego dzieci te są bardziej narażone na przedwczesną śmierć. Zaburzenie wywołane brakiem kontaktu fizycznego badał m.in. węgierski psychiatra Rene Spitz, który nadał mu nazwę choroby sierocej.

W latach 40. XX wieku Spitz porównywał sytuację dzieci wychowywanych w dwóch instytucjach. Pierwszą z nich był czysty, profesjonalnie prowadzony przytułek. Dzieci miały odpowiednie wyżywienie i fachową opiekę, ale prowadzące sierociniec siostry wyznawały zasadę „zimnego chowu”.

Drugim ośrodkiem był więzienny żłobek. Panujące w nim warunki z pewnością znacznie ustępowały tym w przytułku, ale za to dzieci miał swobodny kontakt z matkami, które nie szczędziły im pieszczot i przytulania.

Wyniki obserwacji były szokujące. W trakcie dwóch pierwszych lat zmarła aż jedna trzecia wychowanków przytułku, podczas gdy w trakcie pięcioletniej obserwacji więziennego żłobka nie umarło tam ani jedno dziecko.

Jednocześnie Spitz zauważył, że na 30 dzieci mieszkających w sierocińcu tylko jedno rozwijało się prawidłowo. Dziecko to pielęgniarki uważały za wyjątkowo ładne, a zatem tylko ono mogło liczyć na głaskanie czy przytulanki.

Choć zdaniem naukowców bliskość fizyczna jest najważniejsza w pierwszych latach życia człowieka, to jednak wszyscy potrzebujemy przytulania. Naukowcy dawno już zauważyli, że każdy objaw czułości – przytulanie, pocałunki, głaskanie, dotykanie – wyzwala oksytocynę, co powoduje określone reakcje w organizmie, przede wszystkim zmniejszenie lęku i poziomu stresu, prowadzące do obniżenia ciśnienia krwi. Czułość ma więc pozytywny wpływ zarówno na naszą kondycję psychiczną, jak i układ sercowo-naczyniowy. Biorąc pod uwagę to, że najczęstszą przyczyną zgonów w Polsce są choroby serca, należałoby potraktować regularne przytulanie jako najlepszą profilaktykę zdrowotną.

Wysoki poziom oksytocyny to także lepsze samopoczucie. Oksytocyna jest bowiem hormonem szczęścia. Dzięki niej nie tylko widzimy życie w jaśniejszych barwach, ale także czujemy się bardziej atrakcyjni. Co ciekawe, oksytocyna poprawia odporność. Im częściej podnosimy jej poziom, tym większa szansa, że nie będziemy chorować. Hormon szczęścia ma jeszcze jedną niezwykłą właściwość – zmniejsza odczuwanie bólu. Jeśli więc do tej pory dziwiliśmy się, że wystarczy utulić dziecko, które właśnie uderzyło się w kolano, by przestało płakać, mamy rozwiązanie zagadki.

Fizyczna bliskość to także niezbędny warunek udanego związku. Pogłaskanie po włosach czy objęcie sprawiają, że łatwiej nam się ze sobą porozumieć, wybaczyć sobie czy zakończyć kłótnię. Codzienna bliskość przekłada się na bardziej satysfakcjonujące życie intymne. Dzięki drobnym gestom łatwiej nie tylko rozbudzić podniecenie, ale przede wszystkim wzmocnić więź uczuciową.

Biorąc pod uwagę, jak dużo daje zwykły dotyk, postarajmy się przytulać jak najwięcej. Tym bardziej że obejmując drugiego człowieka, mówimy mu dokładnie to, co w danej chwili najbardziej chce usłyszeć: „Kocham Cię”, „Rozumiem, co czujesz”, „Jestem z Tobą, możesz na mnie liczyć”. Tylko że ten niewerbalny komunikat ma znacznie większą siłę niż jakiekolwiek słowa.

Magda Bukowska