Zawsze lubiłam biegać. Lubiłam, ale od skończenia szkoły właściwie nie biegałam. Jak wiele osób, które wpadły „w sidła dorosłości”, po prostu nie znajdowałam czasu dla samej siebie. Buty stały w szafie i czekały, ale mi nie było jakoś po drodze…

Impuls, by w końcu ruszyć przed siebie dał mi… mój synek.

Cztery lata temu zostałam mamą. Dziecko pochłonęło mnie całkowicie. Do tego była oczywiście praca, zwykłe domowe obowiązki. Jak każda pracujące młoda mama byłam po prostu cały czas zajęta. Mimo ogromnej miłości do dziecka, zaczęłam czuć, że coś mi ucieka… że działam jak robot, że przestają mnie cieszyć zwykłe rzeczy. Wiedziałam, że jeśli nie znajdę czasu dla siebie, będę nieszczęśliwa, a ze mną moi bliscy…

I tak trzy lata temu wyjęłam buty z szafy i ruszyłam w drogę. Zaczęłam od udziału w Nocnym Biegu Świętojańskim na 10 km. Później przyszedł czas na półmaratony, aż e ubiegłym roku spróbowałam swoich sił na pełnym dystansie. Kompletnie nieprzygotowana stanęłam na starcie maratonu i ukończyłam go! Do tego z naprawdę dobrym czasem – 4 godziny 43 minuty. „Szczęśliwa, obolała wariatka” – tak o sobie pomyślałam na mecie.

Był pot, ból, łzy… ale też poczucie ogromnej wolności. Wiedziałam, że bieganie to jest to co daje mi szczęście. Postanowiłam jednak podejść do niego bardziej profesjonalnie. Przygotować swoje ciało na taki wysiłek, by móc jeszcze bardziej cieszyć się drogą. Przed tegorocznym maratonem, zdecydowałam się na cykl treningowy #aktywuj się w maratonie, za który odpowiada maratończyk Radosław Dudycz, zdobywca tytułów Mistrza Polski.

Za nami już 4 tygodnie treningowe ( spotykamy się w środy o godz. 18.00 przy Molo Brzeźno i w niedziele o godz. 9.00 przy wejściu wejście głównym AWFiS). Zanim zaczęłam treningi, myślałam że o o bieganiu wiem całkiem sporo. Teraz wiem jak bardzo się myliłam.

Treningi zdecydowanie odbiegają od tego co robiłam wcześniej. Przyszedł pierwszy ból, pierwsze zniechęcenie, wątpliwości. Zaczęłam się zastanawiać po co to robię, czy warto? Treningi – dwa spotkania plus dwa dni ćwiczeń indywidualnych – pochłaniają sporo czasu, pojawiły się więc obawy, że zwyczajnie nie uda mi się wygospodarować na to czasu. Ale po czterech tygodniach przygotowań, jestem już pewna, że było warto. Było warto zrobić coś dla siebie. Dla mnie tym czymś jest bieganie, ale może to być cokolwiek…

Patrzę na znajomych, przyjaciół. Słucham ich zwierzeń, że na nic nie mają czasu, że cały czas są w biegu, że tyle obowiązków, że już nie pamiętają kiedy mieli dla siebie choć jedno popołudnie… Widzę, że są smutni, zmęczeni, zniechęceni. A ja już wiem, że można. Że tylko od nas zależy, czy znajdziemy w życiu czas na swoją pasję. Pracuję, wychowuję cudownego synka, jestem żoną, dbam o dom… wiem jakie to trudne. Ale o dziwo, odkąd biegam, mam więcej wolnego czasu i więcej sił i ochoty, by zajmować się codziennymi obowiązkami. Bieganie daje mi energię, wolną głową, pozwala uwolnić się od problemów, zresetować. Każdy z nas potrzebuje czasu dla siebie, wolnej chwili, żeby pobyć ze swoimi myślami, tylko we własnym towarzystwie. To nasze prawo, a właściwie obowiązek. Bo zaniedbując higienę psychiczną, wpadamy we frustracje, zaczynamy krzyczeć na otoczenie, domagając się świętego spokoju, stajemy się drażliwi, zniechęceni, wściekli! Wiem o tym aż za dobrze…:) A właściwie pamiętam o tym! Bo dokąd biegam, takie stany zdarzają mi się naprawdę rzadko. Jestem szczęśliwa. I wcale nie czuję się wyrodną matką. W końcu „szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko”. Mój synek jest szczęśliwy i też zaczyna już biegać w swoich bardzo małych butkach…